Dzisiejszy wpis będzie trochę bardziej „na luzie”, mianowicie postaram się w nim usystematyzować (?) proces tworzenia muzyki, któremu podlega moja skromna osoba. Tym samym wpis przyda się – tak mi się wydaje – bardziej mnie niż Wam. Nie musicie go czytać, natomiast nie mogę sobie odmówić umieszczenia tu tego kawałka tekstu, zostawiając ślad po swoich przemyśleniach.

 

Jako, że przelewanie myśli na papier, a w tej sytuacji na ekran, w większości przypadków znacznie poprawia ich klarowność, nadaje ogólny kierunek i pozwala dotrzeć do źródła, z którego one wypływają, stwierdziłem, że stworzenie takiego wpisu może być niezmiernie korzystne.

 

Szukając natchnienia

Rzecz w tym, że najczęściej go nie szukam, za to przychodzi spontanicznie. Całkiem niedawno pisałem miniporadnik dotyczący wtyczki BitInvader i pierwotnie miałem oprzeć go na kilku przykładach audio. Zacząłem więc wygrywać na klawiaturze różne muzyczne „farmazony” i grzebać w ustawieniach wtyczki uzyskując coraz to nowe brzmienia. W pewnym momencie udało mi się stworzyć dźwięk, coś jak harmonijka ustna, który bardzo przypadł mi do gustu. Pewnie dziwnie to zabrzmi, ale poczułem jakiś rodzaj energii – najbliżej jej do uczucia szczęścia – i już wiedziałem, że to jest TO. Poeksperymentowałem trochę więcej i wkrótce spod moich palców zaczęło rozbrzmiewać kilka nut, motyw, który wpadał w ucho. Szybkie kliknięcie Record i zapis znalazł się w sekwenserze.

 

Rytm, rytm, rytm…

W tej chwili już wiedziałem, że z wersji poradnika, jaką sobie układałem w głowie, będą nici. Zabawne. Dopiero co chciałem zrobić wpis na blogu, a chwilę później marzyłem o tym, aby kontynuować pracę nad kawałkiem, który dopiero co zaczął nabierać pełniejszych kształtów. Pierwsze co zrobiłem to dorzuciłem prostą pętlę perkusyjną w metrum 4/4, 120BPM. Zazwyczaj wolę 140BPM i więcej ale w tym konkretnym przypadku miałem ochotę tchnąć życie w coś nieco wolniejszego, masywnego, trochę wbrew swoim pierwotnym doświadczeniom.

 

Przestrzeń

Zaczęło to brzmieć, jednakże zupełnie bez polotu. Zapragnąłem dodać do rodzącego się, nowego „hitu”, zupełnie odartego z ekspresji, trochę przepływającej tam i z powrotem energii. Poszły w ruch delaye i reverby. Nie omieszkałem też korekcji pasm. Nagle te parę nutek na jednym tylko syntezatorze i prosty loop zaczęły tętnić życiem. Japa cieszyła mi się od ucha do ucha! Kilka taktów, a jaka radocha! Ale zaraz, zaraz, czy czegoś tu przypadkiem nie brakuje?

 

Ciężar

Czy ktokolwiek widział utwór bez linii basowej? Tak, to było pytanie retoryczne, jednak pozostawianie kawałka bez basu jest totalnie nie w moim stylu. Chyba nie ma nic przyjemniejszego niż milusie „umcyk, umcyk” masujące trzewia, ale w tym przypadku bas miał tylko podkreślić całość, stanowiąc nieodłączny, dobrze wkomponowany składnik całej, muzycznej potrawy. Jednego BitInvadera już w projekcie miałem, no to dołożyłem drugiego, co by jego koledze nie było smutno 😉 Trochę korekcji, zabawy poziomami, panoramowaniem i mamy dokładnie 16 taktów, które stanowi zarys utworu.

 

Art

Kurczę, no ale wypadało by w końcu zabrać się za pisanie tego artykułu, czyż nie? Cały pełen entuzjazmu i jednocześnie zawiedziony trochę, że będzie trzeba odłożyć na chwilę projekt wziąłem się za pisanie tekstu, z którym zapoznaliście się już poprzednio. Na szczęście nie był zbyt długi, więc szybko mogłem wrócić do opracowywanego kawałka.

 

Problemy

Kontynuowałem pracę nad efektami i balansem ścieżek. W międzyczasie przyszło mi przeinstalować LMMSa. Szlag mnie prawie trafił.

 

Okazało się, że przy kompilacji ze źródeł jakimś dziwnym sposobem udało mi się zainstalować wersję rozwojową zamiast stabilnej. Wszystko brzmiało zupełnie inaczej. Calf Reverb – skądinąd świetna wtyczka – uległ zresetowaniu i cała piosenka straciła spójność. Co z tego, że w aplikacji pojawiły się nowe, fajne animacje, skoro brzmienie było zupełnie nieakceptowalne. Ponadto okazało się, że przy instalacji ze źródeł nie ma innego sposobu odinstalowania jak ręczne usuwanie WSZYSTKICH katalogów LMMSa z systemu, bo „standardowe” sudo make uninstall w przypadku LMMS najzwyczajniej w świecie nie działa. Wiecie jakie to jest upierdliwe? Ja już wiem. Chyba nigdy więcej nie zainstaluję LMMSa bezpośrednio ze źródeł, ale z uprzednio stworzonej paczki. Po początkowych próbach, kiedy to udało mi się wysypać interfejs LMMS, w końcu usunąłem całe tałatajstwo z systemu. Zainstalowałem pakiet 0.4.13-PL-1 i… dalej nie brzmi! WTF? Czy to oznacza, że będę musiał przerabiać wszystkie niedokończone projekty i dostosowywać do nowej instalacji?

 

Rozwiązaniem (jak na razie) okazało się zainstalowanie najpierw wersji 0.4.10 z repozytorium, odinstalowanie (przez remove, nie purge) a dopiero później zainstalowanie paczki skompilowanej przeze mnie. Zupełnie nie wiem czemu akurat tak, ale taka kolejność przywróciła pierwotne brzmienie Linux MultiMedia Studio. Prawdopodobnie problem leży w którymś pliku konfiguracyjnym, ale nie miałem ani czasu, ani ochoty szukać gdzie, za to mogłem kontynuować pracę. Tak czy inaczej, problem niekompatybilności pomiędzy wersjami LMMS dawał mi się we znaki już nie raz, a teraz uderzył ze zdwojoną siłą.

 

Taki mały tip

W katalogu z projektem od jakiegoś czasu umieszczam plik tekstowy CZYTAJ TO!!!, w którym zamieszczam informacje na temat wersji oprogramowania, którego używam przy produkcji i inne komentarze. Jest to bardzo przydatne podczas późniejszego wznawiania sesji, zwłaszcza gdy po drodze było kilka aktualizacji oprogramowania. Można wtedy zrobić czasowy „downgrade”, a nie szukać właściwej, dobrze brzmiącej (w kontekście danego utworu), wersji programu po omacku.

 

Leżakowanie

Wróciłem do projektu, pobawiłem się co nieco efektami. Dorzuciłem jeszcze jedną ścieżkę z ZynAddSubFXem, urozmajcając piosenkę dźwiękiem dzwoneczków, i… w zasadzie to wszystko. Rdzeń utworu leży odłogiem. Dotychczas ile razy brałem się za niego, aby rozwinąć go w pełnoprawny utwór, tyle razy moje wysiłki spalały na panewce.

 

I tu ciekawe spostrzeżenie: większość zaczątków moich produkcji kończy dokładnie w ten sam sposób. Trafiają do katalogu z projektami, gdzie muszą odleżeć „swoje”. Dojrzewają, hehe, albo to raczej ja „dojrzewam” do nich. Co jakiś czas staram się rozwijać jeden, drugi, trzeci. Czasami z tego nie ma nic, a czasami przychodzi natchnienie, wena, flow, zapala się lampa – jakkolwiek to nazwiecie – i wybrana kompozycja błyskawicznie nabiera skrzydeł, niekiedy w kilka godzin zyskując ostateczny zarys. Częściej jest to jednak kwestia dni, tygodni wytężonej pracy. Oczywiście nie codziennie. W przerwach niekiedy biorę się za inne utwory, stąd zdarza się, że równolegle pracuję nad dwoma – trzema miksami. Zachodzi wtedy ciekawe zjawisko: budując elementy jednego kawałka, trafiają one w końcu do innego. Taka swoista synergia, jakby utwory komunikowały się między sobą za moim pośrednictwem i każdy chciał oddać swojemu towarzyszowi kawałek siebie. Nie wiem jak to opisać inaczej, ale intuicyjnie czuję, że taka personifikacja nieźle tu pasuje. Chciałoby się rzec, że muzyka tętni swoim własnym życiem, a ja jej tylko trochę pomagam. Potem już tylko ocena utworu przez najbliższych, ostateczne poprawki, eksport i mastering.

 

Kryzys

Niestety, nie zawsze jest tak różowo. Są okresy, kiedy komponowanie nowych utworów totalnie mi nie idzie, nic się nie klei, a wykrzesanie z siebie odrobiny inicjatywy z każdym podejściem stoi pod wielkim znakiem zapytania. Przyznam, szczerze, że teraz tak mam. Niezależnie od tego ile mam koncepcji i nowych zalążków czeka na dokończenie, to ni jak nie wychodzi mi kontynuacja projektów. Być może jest to spowodowane natłokiem innych, ważniejszych (?), spraw w które obfituje życie, a może to tylko jesienno – wiosenna depresja? Są na to jakieś leki?

 

Jedno przychodzi mi teraz na myśl – pokrzepiające zdanie, które utkwiło mi w pamięci:

 

„I to także przeminie.”

 

2 odpowiedzi na: „Tworzenie muzyki w domowym zaciszu”

  1. Aley&Oshay napisał(a):

    Dziękuje świetny artykuł. Mam podobnie jak ty, raz coś wychodzi raz nie. Jedno się nauczyłem. Gdy nie wychodzi nam tak jak byśmy chcieli a robimy na siłe to nic z tego nie bedzie 😉 Pozdrawiam.

  2. pawel napisał(a):

    polecam następującą metodę – jeśli nie macie werwy po prostu weźcie na tapetę jakiś lubiany przez was kawałek, (nie w całości – wystarczy tylko progresję harmoniczną) i tak go modyfikujcie,czerpiąc inspirację z innych utworów, aż wyjdzie wam zupełnie coś niepodobnego :). Oczywiście warto mieć przy tym pojęcie o harmonii funkcyjnej.

Dodaj komentarz

Do formatowania tekstu możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a:

  • <strong> wytłuszczenie </strong>
  • <em> emfaza </em>
  • <a href="" title=""> hiperłącze </a>
  • <abbr title=""> skrótowiec </abbr>
  • <code> kod źródłowy </code>